środa, 30 stycznia 2013

Zimne dobrego początki

Nie czuję nóg. No dobra, czuję - i to aż za bardzo. Ale czego się nie robi dla nart :p. Dobra, nie będę narzekać. W zasadzie we Włoszech nie powinno być na co. Chociaż, czy aby na pewno? Tego posta zacznę tak: Saluti d'Italia!

Autokar po 19h podróży (i kolejnej godzinie udrażniania mu podjazdu do hotelu - w grę wchodziły kilof, szpadel, łopata, zaostrzona metalowa rura i inne tego typu przyrządy) zatrzymał się w końcu przed hotelem w miejscowości Santa Fosca, który to miał nam służyć przez najbliższy tydzień jako noclegownia i jadłodajnia. Zarówno w Santa Fosce, jak i w tym hotelu miałem okazję już być 4 i 5 lat temu - jestem więc na dobrej pozycji by porównać stan aktualny z tym, sprzed 4 lat.

Santa Fosca leży w pięknej okolicy i jest otoczona ze wszystkich stron górami wchodzącymi w skład pasma górskiego Dolomity. Nie jest to duża mieścina, składają się na nią 2-3 sklepy, pizzeria i nasz hotel. No i trochę domów mieszkalnych, oczywiście. Jadąc na południe dotrzeć można do Pescul - miejscowości z najbardziej na północ wysuniętym wyciągiem ośrodka narciarskiego Ski Civetta. Ośrodek ten rozciąga się na około 20 kilometrów na południe od owej miejscowości. Znaleźć tu można ponad 20 wyciągów i co najmniej 30 tras podzielonych na rejony: Alleghe, Selva di Cadore, Palafavera i Zoldo. Całość powstała na kilku szczytach, z których najważniejsze to: Fernazza, Col dei Baldi, Crep de Pecol i Col della Grava. Wśród tras najbardziej godne uwagi są zapewne: trasa do jeziora Alleghe oraz trasy nocne w Zoldo.

Pogoda dopisywała nam niestety tylko do wtorku - dzisiejszy dzień - mimo pięknego, palącego słońca - trudno zaliczyć do udanych. Spowodowane jest to temperaturą powyżej 6 stopni powyżej zera (jutro ma być osiem :( ). Tak czy siak jazda po stokach północnych nadal jest przyjemna, ale taki podział ogranicza niestety mocno możliwe trasy.

Zakwaterowani jesteśmy w hotelu, który kiedyś był salezjańskim domem rekolekcyjnym. I o ile przed czterema laty gorąco poleciłbym ten hotel każdemu, o tyle dziś już raczej nie. Hotel w ciągu tych czterech lat miał zostać wyremontowany (w zasadzie odmalowano tylko ściany). Oprócz tego zmorą naszego obozu są obiady. 4 lata temu były one obfite, składały się z przystawki (sałatek), dwóch drugich dań (wszystko włoskie: makarony na 99 sposobów, lasagne, pizza...) i deseru, o tyle dziś mamy do dyspozycji obiado-kolacje w postaci makaronu przyrządzanego zazwyczaj w ten sam sposób, danie z mięsem i ryżem/frytkami i deser. O jakości wspominać nie będę.

No ale dość narzekania. Na dzisiaj kończę, jak wrócę do domu to wrzucę zdjęcia (tu jest za wolny Internet).

Arriverderci!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz