środa, 4 lipca 2012

O pokład znów uderzył‚ deszcz, i padał‚ aż do rana...

Jak nie leje, to grzeje jak w piekarniku. Wczoraj cały dzień bez wiatru, a dzisiaj wiatr, pomimo tego że jest, raczej nie poprawia sytuacji spowodowanej temperaturą ok. 32°C. A co do wczorajszego dnia - jeśli można by go nazwać ciekawym, to tylko ze względu na korzystanie ze śluzy. Czemu? Myślę, że tytuł posta mówi wystarczająco dużo...

Wczoraj rano, w trakcie pobytu w Mikołajkach, obudziła nas burza. A konkretnie grzmiący niedaleko nas piorun. Walnęło tak mocno, że cała załoga obudziła się w ciągu 1 sekundy. Przestało padać dopiero po ponad godzinie i dopiero wtedy dało się płynąć do stacji benzynowej - z powodu braku wiatru dotychczas płynęliśmy na silniku, co spowodowało mały niedobór paliwa. Na stacji okazało się jednak, że benzyna się skończyła - trzeba więc było maszerować do stacji dla samochodów.

Poniżej kilka zdjęć z tego miasta:

Od lewej kolejno: poranna pogoda; statek-restauracja Chopin (2-godzinne rejsy obiadowe); moment składania budki sternika (na czas przepływania pod mostem budka taka była rozmontowywana); Butelcus Pospolitus Sp. i panorama miasta.

Z Mikołajek musieliśmy się jednak w miarę szybko ruszyć, ponieważ planowaliśmy jeszcze tego samego dnia dotrzeć do śluzy Karwik. Z tego powodu (a także z powodu płynięcia tzw. "wmordewindem", czyli takim kursem, że wiatr wiał od dziobu) nadal płynęliśmy na silniku. Do śluzy dotarliśmy koło 17 i już po 20 minutach byliśmy po drugiej stronie, a po kolejnych 20 wpłynęliśmy na jezioro Roś. I tu pojawił się problem - zobaczyliśmy bowiem powód migania masztu pogodowego przed wejściem do śluzy, mianowicie ciężkie, czarne chmury [zdjęcia wstawię po powrocie do domu]. Trzeba było więc szybko gdzieś cumować. Wybraliśmy najbliższy port. Podejście do brzegu było jednak trudne z powodu silnego wiatru i braku wolnej boi. Musieliśmy stawać na kotwicy, ta jednak nie chciała się złapać za dno z pododu piachu i zielska. Przy okazji Chochoła (nasz jacht) zepchnęło na inną łódkę i ostateczne zacumowanie zajęło nam 10 minut. Po chwili się okazało, że i tak nie możemy tam zostać, ponieważ całe wybrzeże jest do końca sezonu zarezerwowane przez szkołę żeglarską. Z tego powodu przecumowaliśmy się do innego portu.

Tymczasem chmury się zbliżały. Zapowiadał się ładny pokaz fajerwerków. My jednak nie patrząc w niebo rozłożyliśmy się w kokpicie z kolacją. Dzięki temu, kiedy zaczęło kropić, ustanowiliśmy prawdopodobnie rekord rozkładania tentu (namiotu) na pokładzie. Zdążyliśmy w ostatniej chwili, bo już po chwili rozpadało się na maksa.

Dzisiaj natomiast dzień rozpoczęliśmy od wodowania łódki MOPRowców, przy których pomoście nocowaliśmy. Wcześniej trochę kąpania w jeziorze, a około południa wypłynęliśmy. I póki co płyniemy. Co z tego wyjdzie - dam znać.

Ahoj!

1 komentarz:

Robaczek pisze...

Coś Ci się ze znakami w tytule poprzekręcało...
Czekamy na zdjęcia!

Prześlij komentarz