poniedziałek, 2 lipca 2012

Na mazury, mazury, mazury...

Pełnia wakacji trwa. Widać to na niebie, ziemi i termometrach. 34°C potrafi człowieka zmulić - i to nawet wtedy, gdy się siedzi przy okazji na łódce.

Rok temu zrobiłem na Mazurach patent żeglarski i w tym roku postanowiłem z kolegą z owego zeszłorocznego obozu pojechać z pewnym biurem podróży na rejs po Mazurach. Zaczęliśmy wczoraj, a od dziś raczyć Was będę co jakiś czas przebiegiem rejsu i ciekawostkami z tego wyjazdu.

Wczoraj z Warszawy do portu wyjścia (ow. Gwarek, Piękna Góra) dotarliśmy po 6h, a po kolejnej 1,5h zaokrętowaliśmy się na jacht klasy Twister. Wyruszyliśmy jeszcze tego samego wieczoru i na noc (oraz mecz) zatrzymaliśmy się w porcie nie-tak-daleko Giżycka. Tam też po dwóch partiach bilarda i kilku partiach piłkarzyków, około północy poszliśmy spać.

Nad ranem obudził nas deszcz i pokład przeciekający na śpiwór kolegi. Potem śniadanie, straszące nas słupy alarmowe i ogarnięcie kabiny. A w następne 6h dopłynęliśmy do Mikołajek.

Swoją drogą z tymi słupami jest ciekawa sprawa. W osotatnich latach zostały one ustawione na terenie Wielkich Jezior Mazurskich i błyskami żółtego światła miały (teoretycznie) ostrzegać przed zagrożeniami meteorologicznymi. Problem w tym, że słupy te migały dziś rano (ostrzegając najprawdopodobniej przed poranną mżawką i temperaturą rzędu 20°C) i przed południem (telefon do kierownika zakończył się słowami "ch***nić słupy"), więc to, na ile można im wierzyć, pozostaje sprawą niepewną.

Na dziś tyle, bo już późno. Kontynuację (jutro lub pojutrze) rozpocznę od tego, jak jutro będzie na śluzie. Ahoj!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz