środa, 25 stycznia 2012

Bormio po raz drugi, Bormio po raz trzeci... [update: zdjęcia]

Jak już zdążyliście pewnie w poprzednim poście przeczytać, wczoraj także jeździliśmy w Bormio. Chociaż może nie było już tak wspaniałe jak dzień wcześniej (a to z powodu pogody - w pierwszej części dnia było zimno, wietrznie i zacinał śnieg), to nadal jeździło się nieźle.

Wczoraj były też jazdy nocne. U nas, w Santa Caterinie. Jak było? Odlotowo! Jeżeli nigdy jeszcze nie mieliście okazji jeździć na nartach w nocy, to zacznijcie od wtorkowych jazd nocnych w Santa Caterina - mało ludzi, wspaniały śnieg, no i prędkość - choćby się chciało, nie da się jechać wolno. Naprawde polecam - wrażenia niezapomniane! Tylko miejcie przy sobie €12, bo zwykłe karnety tu nie obowiązują i trzeba kupić specjalny - nocny (€5 zwrócą przy oddawaniu karnetu jako kaucję). Jazdy są od 20:30 do 23:00.

A dziś... Bormio po raz trzeci. Instruktor, pan Marek, stwierdził, że porobimy funcarving. Carving był, skończyliśmy nawet wcześniej, bo podobno byliśmy zmęczeni. Fun też był, tylko później, kiedy to spędziliśmy 1,5h na nawalaniu się śniegiem. Jedni patrzyli na to z niesmakiem, a pewien angielski instruktor wyglądał, jakby chętnie chciał się przyłączyć. Nieważne zdanie innych - i tak było super. Do historii przejdzie też pewna około ośmioletnia dziewczynka. Kiedy sypaliśmy się śniegiem na Bormio 2000, jedna z piguł, rzucona przez Miśka, wylądowała jakieś 5 metrów od niej. Ona spojrzała z wyrzutem na Miśka i wywiązała się taka rozmowa:

- O. M. G. What do you say?
- Oh my God?
Spojrzała ze zrezygnowaniem - Sorry.

Czyli próba nauczenia manier kogoś 10 lat starszego spełzła na niczym ;-)


A tak trochę zbaczając z tematu... Stwierdziłem, że powinienem coś wspomnieć o naszym hotelu. Hotel Milano jest całkiem dużym i starym (choć nie widać tego po nim) budynkiem. Wszystkie pokoje wyposażone są w łazienkę, szafę i telewizor, także nie jest źle... Nie powinno być, dopóki nie trafi się na pokój z dość dziwnym prysznicem. W rzeczywistości jest to głęboka niecka o wymiarach 1x1x0,4 metra, obudowana z dwóch stron drzwiami z szyby, jakie często stosuje się w drzwiach, żeby nic nie było widać, ale światło przechodziło (ja to nazywam szybą zakłócającą), z jednej strony ścianą, a z ostatniej oknem. Zasłonka i okiennice niby są, ale zimno i tak wchodzi... Tzn. ciepło ucieka.

Innym genialnym pomysłem w tym hotelu są posiłki, a właściwie ich zamawianie (choć przyznaję, pomysłodawcy należy się wielki plus za ów pomysł i pomysł wykonania, choć to ostatnie do najlepszych nie należy). Pomysł polega bowiem na tym, że do stołu (12 os/stół) co 2 dni podawane jest po kartce z menu na następne 2 dni, z tym że na pierwsze i drugie danie są do wyboru po 2 opcje - wybór zaznacza się pionową kreską (|) na tejże kartce. (Tu dygresja dotycząca posiłków we Włoskich hotelach. Kto był, zapewne wie, że o ile śniadanie to po prostu szwedzki stół, o tyle obiad (lub obiadokolacja) składa się z dania zerowego (sałatki itp), pierwszego (makarony 1 lub makarony 2/zupa/opcja2), dania drugiego (opcje jak w pierwszym, choć dopuszcza się tu inne typowo włoskie dania, np. Lasagne; możliwe dodatki jak np. frytki, ziemniaki itp) i deseru). Z tym pomysłem wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że dla nas przetłumaczono je (nie pytajcie gdzie i jak) na polski. A potem się zastanawiamy kto to jest ów Puré Ziemniakow, jak się robi "makaron z tuńczyka", czy czymże jest "Filet dorsa w mediterranean"... No i jaki tym razem będzie deser - co nam po codziennej informacji, że "slodki"???

Dobra, trochę się dziś rozpisałem, nie? Tak więc pozdrawiam i życzę miłego popołudnia.

Update - dodaję zdjęcia codziennego menu:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz