środa, 24 sierpnia 2011

Błędy

Pisanie postów na klawiaturze QWERTZ bez polskich znaków do najłatwiejszych zadań nie należy. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas robię błędy. Za zauważenie ich bardzo dziękuję pani Iwonie!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Upał

33°C w cieniu to jednak lekka przesada... O ile rano o 8:30, kiedy lekcje się zaczynały, było spoko, o tyle półtorej godziny później Mike'owi z mojej klasy nie chciało się nawet włączyć żadnej muzyki ze swojego iPhone'a - a zawsze w przerwach słuchaliśmy albo SamyDelux, albo Tarkan. Czasami Disco Pogo lub Danza Kuduro. Ale słuchaliśmy. A teraz wszyscy padali. Brakło nawet pomysłów na pytania do gry "Kto kiedykolwiek".

niedziela, 21 sierpnia 2011

Pogoda

Pamiętacie jeszcze moje posty dotyczące tutejszej pogody? Cóż, teraz wydają mi się nieprawdopodobne. Właśnie umieram z gorąca. 28°C jest teraz w cieniu, większość pokoi ma zamknięte okiennice i otwarte drzwi, bo inaczej temperatura dochodzi do ok 33°C. Jeszcze dziś ma być w cieniu 31°C, jutro 33°C, a potem do końca tygodnia w okolicach 31-33°C. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Wyjście do miasta dopiero jutro, więc lodów się teraz nie kupi, a mi zabrakło pieniędzy na zimne napoje z automatu, bo kasetka z kieszonkowym będzie dostępna dopiero jutro... A zresztą i tak mam chore gardło... Super.

sobota, 20 sierpnia 2011

Augsburg, cz. 3

Na punkt zbiórki przybyłem 50 min. przed czasem - nudziło mi się. 20 minut później pojawiło się 7 rosjan z naszego obozu. Byliśmy jedynymi, którzy się tam stawili. I jedynymi, którzy dostali złe mapy, a właściwie dobre mapy ze źle postawionym znakiem x.

Na 10 minut przed planowanym odjazdem zadzwoniłem do Betreuerów, że nikogo nie ma i co mamy robić. Czekać - usłyszałem - zaraz będziemy. Drugi telefon zrobiłem po 30 minutach i usłyszałem, że mamy iść na plac ratuszowy. Tam przejęli nas wkurzeni opiekuni i zaprowadzili do wypełnionych wkurzonymi dzieciakami autokarów. Była nas dziesiątka, dostaliśmy złe mapy. Pozdrawia "jedyny winny 45-minutowego spóźnienia".

Jutro niedziela, czyli teoretycznie luz. Do pokoju nikogo nowego mi nie dali - przez tydzień będę więc sam sobie mówił dobranoc.

A więc - dobranoc!

Augsburg, cz. 2

Dojechaliśmy i o ok. 11:30 wytoczyliśmy się z autokaru. Następnie krótki, 10-minutowy spacerek by znaleźć się w budynku Poppenkiste Muzeum - muzeum kukiełek i marionetek, czy, jak kto woli, miniteatrzyków.

Wychodząc z tamtąd wiedziało się tylko 2 rzeczy: gdzie się spotykamy i o której. Czyli o 12:15 wiedziałem, że mam jakieś 4,5 godziny włóczenia się po mieście. Została mi jeszcze jakaś 1/3 tego.

Augsburg słynie z tego, że jest dość starym miastem, byłą siedzibą królów. I owszem, jest tu trochę starych budynków, ale do najstarszych to chyba ta część miasta nie należy. Pełno jest tu natomiast sklepów, poczynając od ubrań i akcesoriów (na oko 85%), poprzez sklepy sieci komórkowych i księgarnie, kończąc na spożywczych. A wśród tych kilka(naście) piekarń i jeden ogólnospożywczy - na całe duże centrum miasta.

Augsburg, cz. 1

I ruszyliśmy. Równo 9.30. Ten start bardzo mi przypominał wylot samolotu... Najpierw powoli wszyscy wsiadają do autobusu, po pół godzinie wychodzą ci, którzy zostają i do miasta nie jadą. Następują gorące pożegnania przez okno busa - w końcu ci, którzy nie jadą, wracają dzisiaj do domów. Potem już tylko biegające stewar... biegający opiekuni w pośpiechu po kilka razy wszystkich liczący. Potem drzwi zamykamy i zaczynamy kołować na pas startowy - którego rolę pełni autostrada. Przewidywany czas podróży 2 godziny. Firma Pol-ska życzy Państwu przyjemnej podróży.

Żartuję z tą firmą, choć faktem jest, że u nas kierowcą jest Polak (pozdrowienia!). Jedyne czego mi tylko w tym samolocie zabrakło, to komenda "Załoga pokładowa proszę przygotować i sprawdzić drzwi" i odpowiedź "Drzwi przygotowane i sprawdzone". Bon Voyage... Czy jakoś tak.

piątek, 19 sierpnia 2011

Opowieść o paznokciach i... Adidasie

Co ma piernik do wiatraka? Cóż, opowieść jest wprawdzie krótka, ale... Stylem pana Cejrowskiego - "Posłuchajcie... No, może przeczytajcie:"

czwartek, 18 sierpnia 2011

***

Kempten. Wcale sporawe miasteczko pół godziny drogi od Lindenberga, odwiedzone przez nas wczoraj. Autokar zaparkował na obrzeżach miasta, 20 min pierszej drogi od starego miasta i cenrum. W najbliższej okolicy tylko galeria Forum, troszke dalej Müller i pare innych sklepów, Conditorei i etc.

Spędziliśmy tam niecałe 3 godziny. Wróć. Mieliśmy spędzić. Spędziliśmy grubo ponad 3. Z czego 40 min w rozgrzanym busie czekając na 3 koleżanki z Turcji, które źle zrozumiały gdzie się potem spotykamy.

Jak się potem okazało, autobusy jechały albo do muzeum albo do innego muzeum, albo je oba omijały i jechały prosto do miasta. Ja dowiedziałem się o tym dopiero później, niestety.

Powoli dobiega końca drugi tydzień mojego pobytu tutaj. Jutro Wochentest i wieczorek pożegnalny dla osób wyjeżdżających stąd, w sobotę kolejna wycieczka - do Augsburga. Jak będzie - się zobaczy. W sobotę wyjeżdża też 6 osób z mojej klasy. Co z nią dalej będzie, jeszcze nie wiadomo...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Stadtgang

Stadtgang odwołany. W sensie wyjście do miasta. Cóż, kompletnie zdążyłem zapomnieć o dacie 15 sierpnia... Za to zakupy zrobić będzie można jutro. Wiadomo też dokąd pojedziemy w środę i potem w sobotę: kolejno do Kempten i Augsburga.

Samo wyjście na zakupy jednak się odbędzie. Kiedy? Jutro. Nieźle.

Zasadniczo to tyle na dzisiaj. Wiem, że mało, ale taki dzień.

Do usłyszenia!

niedziela, 14 sierpnia 2011

Spisek, sprostowanie i kilka innych newsów...

Zostałem okłamany. I to przez większość Betreuerów (opiekunów). O dziwo jest to w tym wypadku miła niespodzianka. Okazuje się bowiem, że powitaliśmy tu kolejną osobę z Polski. Może więc ten ostatni tydzień nie będzie taki zły...

W końcu pojawiła się też, znana mi z zeszłego roku, pracująca tu Polka. Nieźle, coraz więcej Polaków. Może za wcześnie wspomniałem gdzie jestem...?

Tydzień pierwszy za nami, jutro z powrotem lekcje. Dzisiejszy dzień minął powoli, leniwie... Czyli całkiem fajnie.

Pamiętacie kolegę od elfich nazw? Postanowił napisać krótkie opowiadanie. Musiałem (bo po co w innym przypadku bym o tym pisał) je potem przeczytać i popoprawiać. Skończyło się na tym, że sms, którego wysłałem potem do koleżanki zaczynał się słowem "Chej"... Zacytuję pana Cejrowskiego: "Po kilkunastu stronach lektury (lektóry???) takiego tekstu (z masą błędów ortograficznych) człowiek zaczyna mieć wątpliwości... A może wontpliwości..."

I tym pozytywnym akcętem zakończem ten post. Do usłyrzenia!

P.S.: Zapomniałem o tym sprostowaniu. Z poprzednich postów wynika, że jadąc do różnych miast, robimy to tylko w celu zakupów. Nic bardziej błędnego! Za każdym razem zwiedzamy jakieś atrakcje turystyczne. Wczoraj do wyboru były Zoo i muzeum Mercedesa. Zdjęcia z tego pierwszego we wrześniu tu wrzucę. Na razie!

sobota, 13 sierpnia 2011

Ból głowy

Mam dzisiaj wenę do tych postów... Nawet mimo tego, że od godziny boli mnie głowa... Anatola, mojego kolegę, walącego głową w szafę i krzyczącego "myśl, myśl" chyba też... Coś mi się skojarzyło skrzyżowanie Kubusia Puchatka ze Zgredkiem.

Zastanawiacie się pewnie co ów kolega wyprawia. Otóż Anatol jest tak zafascynowany kreatywnością i pomyślunkiem osobistości w stylu Tolkien, Paolini etc., że postanowił sam spróbować wymyślić jakieś "elfie" nazwy...

Z zamyśleń wyrwało mnie właśnie kolejne wyrażenie w stylu "Cildad! Nie...". Zdążyłem się już przyzwyczaić, że ból głowy nic tu nie zmieni.

Jedyne pocieszenie to to, że jutro niedziela, dzień bez pobudki i bez jakichkolwiek zajęć (w sensie obowiązkowych, bo zajęć będzie tyle, że głowa boli... dosłownie). A to znaczy, że można się wyspać, wypocząć, zrelaksować.

Cóż, pozostało tylko życzyć miłej, pogodnej i spokojnej niedzieli. Dobranoc!

Szachy i Stuttgart

Ostatnio ogarnęła mnie mania grania w szachy. Jednak tego grania zostało mi tylko jeden tydzień, podczas gdy ja zamierzam tu siedzieć jeszcze dwa. Czemu tylko tydzień? Bo nikt kogo pytałem nie umie lub nie lubi grać w szachy, a ostatni polacy wyjeżdżają stąd właśnie za tydzień. No i nikt nowy nie przyjeżdża.

Dzisiaj byliśmy w Stuttgarcie. Mieliśmy wyjechać o 9:00, wyjechaliśmy o 9:30. Na pierwszy przystanek zamiast o 11:00 dojechalimy o 12:00 - wina m.in. pewnegokorka na autostradzie... Zbiórka po zwiedzaniu miała być o 13:00, ostatni doszli o 13:45, a ostatecznie z 3-i-pół-godzinnego czasu na zakupy zostało nam godzin 2. A i tak niektórzy zamiast pojawić się w autokarze o 17:00 postanowili zrobić wejście smoka o 17:30... Cóż za oszałamiająca punktualność...

Pewnie zapomniałem powiedzieć o jeszcze innych ciekawostkach, ale zapomniałem i już. Jak się przypomni to dodam.

Do usłyszenia!

P.S. Szach i mat. 2:1, Anatolu ;)

piątek, 12 sierpnia 2011

Fremdsprache - języki obce

Włoch, a właściwie, jak się okazało Szwajcar francuski, uczy się całkiem pilnie. Na tyle pilnie, że prowadzimy już krótkie, proste rozmowy. Pomaga też trochę moja znajomość hiszpańskiego, ale postępy i tak widać.

Jutro kończy się pierwszy tydzień mojego drugiego pobytu tu w Lindenbergu. Dziś było oficjalne pożeganie osób, które jutro wyjeżdżają. Było to jak zwykle nudne, ale co tam. Żegnaliśmy dziś jedną koleżankę z Polski i żywię szczerą nadzieję że ktoś jednak w Niedzielę z Polski na te dwa tygodnie przyjedzie. Jak nie - to tydzień będę musiał się męczyć sam na sam z Turkami, Rosjanami, Francuzami i innymi wielkimi grupami jednonarodowościowymi.

I tą szczerą nadzieją żegam Was dzisiaj. A, i nie pytajcie ile czasu pisałem ten fragmencik na klawiaturze bez polskich znaków diakrytycznych. Tschüss!

wtorek, 9 sierpnia 2011

Włosi

Nawet nie wiecie jak ciężko się dogadać z Włochem, który nie zna ani angielskiego, ani niemieckiego. Słucham? Pytacie co ma piernik do wiatraka, w sensie Włoch do Sandomierza? Ano już tłumaczę.

środa, 3 sierpnia 2011

Z dwu dni dziennik

Przedwczoraj było bardzo lokalnie. Odwiedziliśmy tylko dwa obiekty - oba w Sandomierzu. Można mówić w zasadzie o leniuchowaniu (jako przeciwieństwo zwiedzania, nie jako nic-nie-robienie), gdyż tym drugim był miejski basen. I będzie trochę niechronologicznie, bo to od niego zacznę.