piątek, 9 grudnia 2011

Święta tuż za rogiem

Być może zauważyliście, że długo nie pisałem. Było to spowodowane dużą ilością nauki i pewnym ciśnieniem w szkole (parę osób spojrzy tu na mnie krzywo). Na szczęście zbliża się koniec semestru, co wiąże się z dwoma rzeczami: luźniejszym weekendem i zbliżającymi się Świętami.

niedziela, 13 listopada 2011

BTW Muzyki [aktualizacja]

Słuchając swojej ulubionej stacji radiowej od dobrych paru lat, zauważyłem, że nowe piosenki pojawiają się falami. Co mam na myśli? Ano to, że jak się pojawi w radiu coś nowego, to razem z tym czymś pojawia się kupa innych utworów. A potem kilkanaście tygodni ciszy.

niedziela, 30 października 2011

Indios Bravos - Małpa

À propos polityki polecam wysłuchać tekstu zamieszczonej poniżej piosenki. Idealnie pasuje moim skromnym zdaniem do polityki w Polsce:

poniedziałek, 17 października 2011

Wilno, Wilno i po Wilnie

Dnia wczorajszego, koło godziny 16:00 wróciliśmy z Wilna, gdzie byliśmy w ramach projektu Wilno. Niedługo umieszczę tu więcej informacji, w chwili obecnej są one w przygotowaniu.

poniedziałek, 3 października 2011

Weekend i do polityki odniesienie

Zacznę od końca, bo od polityki. Dwa dni po napisaniu poprzedniego posta (postu... jak to się tak w ogóle odmienia?) idąc przez bazarek usłyszałem rozmowę dwóch pań. Rozmowa brzmiała mniej więcej tak:

- Witaj kochanieńka. Co u Ciebie słychać?
- A witaj, witaj. Ano straszne rzeczy się, kochanieńka dzieją, straszne rzeczy!
- A cóż takiego się dzieje, kochanieńka?
- Ano kłócą się, kochanieńka, kłócą! Jedni są za PiS, drudzy za PO... Oj strasznie to, kochanieńka, wygląda!

wtorek, 27 września 2011

Polityka i wyedukowanym być

Coraz częściej słyszę w radio o programach wyborczych różnych partii, czy o tym, że do rostrzygnięcia którą będziemy mieli RP zostało 2-3 tygodnie. Postanowiłem przyjrzeć się sprawie. I wiecie do czego doszedłem? Że za niecałe dwa tygodnie mamy wybory.

środa, 21 września 2011

Projekt Wilno

Dziś była kolejna fizyka, na której dowiedzieliśmy się, jacy to jesteśmy beznadziejni i że nic nie umiemy. Totalne zero. Jak wszyscy, którzy nie muszą uczyć się fizyki, odkąd nasz pan profesor nie pisze matur. Mniejsza, nie o tym zamierzam pisać.

W naszym liceum co rok od 2003 roku uczniowie klas drugich biorą udział w projekcie "Wilno. Miasto Litwinów i Polaków" (więcej o projekcie tutaj). A że w tym roku jestem w klasie 2, to dotyczy to także mnie.

Na projekt składają się dwa podprojekty - przygotowanie przedstawienia i - podczas pobytu w Wilnie - prezentowanie przez uczniów zwiedzanych zabytków. Mi się trafiła kaplica św. Kazimierza w bazylice archikatedralnej św. Stanisława Biskupa i św. Władysława w Wilnie, więc o tymże zabytku co jakiś czas będę tu wrzucał informacje.

Na razie tyle, potem może coś wrzucę.

środa, 14 września 2011

Szkoła i życie

Pomimo tego, że szkoła trwa już prawie dwa tygodnie, jeszcze się do wstawania o 6:35 nie przyzwyczaiłem. I pewnie przez miesiąc się jeszcze nie przyzwyczaję. No bo jak szybko się przestawić z pobudki ok. 9-10 na 6:35? Nie da się. A przynajmniej ja nie umiem.

środa, 24 sierpnia 2011

Błędy

Pisanie postów na klawiaturze QWERTZ bez polskich znaków do najłatwiejszych zadań nie należy. Nic więc dziwnego, że co jakiś czas robię błędy. Za zauważenie ich bardzo dziękuję pani Iwonie!

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Upał

33°C w cieniu to jednak lekka przesada... O ile rano o 8:30, kiedy lekcje się zaczynały, było spoko, o tyle półtorej godziny później Mike'owi z mojej klasy nie chciało się nawet włączyć żadnej muzyki ze swojego iPhone'a - a zawsze w przerwach słuchaliśmy albo SamyDelux, albo Tarkan. Czasami Disco Pogo lub Danza Kuduro. Ale słuchaliśmy. A teraz wszyscy padali. Brakło nawet pomysłów na pytania do gry "Kto kiedykolwiek".

niedziela, 21 sierpnia 2011

Pogoda

Pamiętacie jeszcze moje posty dotyczące tutejszej pogody? Cóż, teraz wydają mi się nieprawdopodobne. Właśnie umieram z gorąca. 28°C jest teraz w cieniu, większość pokoi ma zamknięte okiennice i otwarte drzwi, bo inaczej temperatura dochodzi do ok 33°C. Jeszcze dziś ma być w cieniu 31°C, jutro 33°C, a potem do końca tygodnia w okolicach 31-33°C. A wiecie co jest w tym wszystkim najlepsze? Wyjście do miasta dopiero jutro, więc lodów się teraz nie kupi, a mi zabrakło pieniędzy na zimne napoje z automatu, bo kasetka z kieszonkowym będzie dostępna dopiero jutro... A zresztą i tak mam chore gardło... Super.

sobota, 20 sierpnia 2011

Augsburg, cz. 3

Na punkt zbiórki przybyłem 50 min. przed czasem - nudziło mi się. 20 minut później pojawiło się 7 rosjan z naszego obozu. Byliśmy jedynymi, którzy się tam stawili. I jedynymi, którzy dostali złe mapy, a właściwie dobre mapy ze źle postawionym znakiem x.

Na 10 minut przed planowanym odjazdem zadzwoniłem do Betreuerów, że nikogo nie ma i co mamy robić. Czekać - usłyszałem - zaraz będziemy. Drugi telefon zrobiłem po 30 minutach i usłyszałem, że mamy iść na plac ratuszowy. Tam przejęli nas wkurzeni opiekuni i zaprowadzili do wypełnionych wkurzonymi dzieciakami autokarów. Była nas dziesiątka, dostaliśmy złe mapy. Pozdrawia "jedyny winny 45-minutowego spóźnienia".

Jutro niedziela, czyli teoretycznie luz. Do pokoju nikogo nowego mi nie dali - przez tydzień będę więc sam sobie mówił dobranoc.

A więc - dobranoc!

Augsburg, cz. 2

Dojechaliśmy i o ok. 11:30 wytoczyliśmy się z autokaru. Następnie krótki, 10-minutowy spacerek by znaleźć się w budynku Poppenkiste Muzeum - muzeum kukiełek i marionetek, czy, jak kto woli, miniteatrzyków.

Wychodząc z tamtąd wiedziało się tylko 2 rzeczy: gdzie się spotykamy i o której. Czyli o 12:15 wiedziałem, że mam jakieś 4,5 godziny włóczenia się po mieście. Została mi jeszcze jakaś 1/3 tego.

Augsburg słynie z tego, że jest dość starym miastem, byłą siedzibą królów. I owszem, jest tu trochę starych budynków, ale do najstarszych to chyba ta część miasta nie należy. Pełno jest tu natomiast sklepów, poczynając od ubrań i akcesoriów (na oko 85%), poprzez sklepy sieci komórkowych i księgarnie, kończąc na spożywczych. A wśród tych kilka(naście) piekarń i jeden ogólnospożywczy - na całe duże centrum miasta.

Augsburg, cz. 1

I ruszyliśmy. Równo 9.30. Ten start bardzo mi przypominał wylot samolotu... Najpierw powoli wszyscy wsiadają do autobusu, po pół godzinie wychodzą ci, którzy zostają i do miasta nie jadą. Następują gorące pożegnania przez okno busa - w końcu ci, którzy nie jadą, wracają dzisiaj do domów. Potem już tylko biegające stewar... biegający opiekuni w pośpiechu po kilka razy wszystkich liczący. Potem drzwi zamykamy i zaczynamy kołować na pas startowy - którego rolę pełni autostrada. Przewidywany czas podróży 2 godziny. Firma Pol-ska życzy Państwu przyjemnej podróży.

Żartuję z tą firmą, choć faktem jest, że u nas kierowcą jest Polak (pozdrowienia!). Jedyne czego mi tylko w tym samolocie zabrakło, to komenda "Załoga pokładowa proszę przygotować i sprawdzić drzwi" i odpowiedź "Drzwi przygotowane i sprawdzone". Bon Voyage... Czy jakoś tak.

piątek, 19 sierpnia 2011

Opowieść o paznokciach i... Adidasie

Co ma piernik do wiatraka? Cóż, opowieść jest wprawdzie krótka, ale... Stylem pana Cejrowskiego - "Posłuchajcie... No, może przeczytajcie:"

czwartek, 18 sierpnia 2011

***

Kempten. Wcale sporawe miasteczko pół godziny drogi od Lindenberga, odwiedzone przez nas wczoraj. Autokar zaparkował na obrzeżach miasta, 20 min pierszej drogi od starego miasta i cenrum. W najbliższej okolicy tylko galeria Forum, troszke dalej Müller i pare innych sklepów, Conditorei i etc.

Spędziliśmy tam niecałe 3 godziny. Wróć. Mieliśmy spędzić. Spędziliśmy grubo ponad 3. Z czego 40 min w rozgrzanym busie czekając na 3 koleżanki z Turcji, które źle zrozumiały gdzie się potem spotykamy.

Jak się potem okazało, autobusy jechały albo do muzeum albo do innego muzeum, albo je oba omijały i jechały prosto do miasta. Ja dowiedziałem się o tym dopiero później, niestety.

Powoli dobiega końca drugi tydzień mojego pobytu tutaj. Jutro Wochentest i wieczorek pożegnalny dla osób wyjeżdżających stąd, w sobotę kolejna wycieczka - do Augsburga. Jak będzie - się zobaczy. W sobotę wyjeżdża też 6 osób z mojej klasy. Co z nią dalej będzie, jeszcze nie wiadomo...

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Stadtgang

Stadtgang odwołany. W sensie wyjście do miasta. Cóż, kompletnie zdążyłem zapomnieć o dacie 15 sierpnia... Za to zakupy zrobić będzie można jutro. Wiadomo też dokąd pojedziemy w środę i potem w sobotę: kolejno do Kempten i Augsburga.

Samo wyjście na zakupy jednak się odbędzie. Kiedy? Jutro. Nieźle.

Zasadniczo to tyle na dzisiaj. Wiem, że mało, ale taki dzień.

Do usłyszenia!

niedziela, 14 sierpnia 2011

Spisek, sprostowanie i kilka innych newsów...

Zostałem okłamany. I to przez większość Betreuerów (opiekunów). O dziwo jest to w tym wypadku miła niespodzianka. Okazuje się bowiem, że powitaliśmy tu kolejną osobę z Polski. Może więc ten ostatni tydzień nie będzie taki zły...

W końcu pojawiła się też, znana mi z zeszłego roku, pracująca tu Polka. Nieźle, coraz więcej Polaków. Może za wcześnie wspomniałem gdzie jestem...?

Tydzień pierwszy za nami, jutro z powrotem lekcje. Dzisiejszy dzień minął powoli, leniwie... Czyli całkiem fajnie.

Pamiętacie kolegę od elfich nazw? Postanowił napisać krótkie opowiadanie. Musiałem (bo po co w innym przypadku bym o tym pisał) je potem przeczytać i popoprawiać. Skończyło się na tym, że sms, którego wysłałem potem do koleżanki zaczynał się słowem "Chej"... Zacytuję pana Cejrowskiego: "Po kilkunastu stronach lektury (lektóry???) takiego tekstu (z masą błędów ortograficznych) człowiek zaczyna mieć wątpliwości... A może wontpliwości..."

I tym pozytywnym akcętem zakończem ten post. Do usłyrzenia!

P.S.: Zapomniałem o tym sprostowaniu. Z poprzednich postów wynika, że jadąc do różnych miast, robimy to tylko w celu zakupów. Nic bardziej błędnego! Za każdym razem zwiedzamy jakieś atrakcje turystyczne. Wczoraj do wyboru były Zoo i muzeum Mercedesa. Zdjęcia z tego pierwszego we wrześniu tu wrzucę. Na razie!

sobota, 13 sierpnia 2011

Ból głowy

Mam dzisiaj wenę do tych postów... Nawet mimo tego, że od godziny boli mnie głowa... Anatola, mojego kolegę, walącego głową w szafę i krzyczącego "myśl, myśl" chyba też... Coś mi się skojarzyło skrzyżowanie Kubusia Puchatka ze Zgredkiem.

Zastanawiacie się pewnie co ów kolega wyprawia. Otóż Anatol jest tak zafascynowany kreatywnością i pomyślunkiem osobistości w stylu Tolkien, Paolini etc., że postanowił sam spróbować wymyślić jakieś "elfie" nazwy...

Z zamyśleń wyrwało mnie właśnie kolejne wyrażenie w stylu "Cildad! Nie...". Zdążyłem się już przyzwyczaić, że ból głowy nic tu nie zmieni.

Jedyne pocieszenie to to, że jutro niedziela, dzień bez pobudki i bez jakichkolwiek zajęć (w sensie obowiązkowych, bo zajęć będzie tyle, że głowa boli... dosłownie). A to znaczy, że można się wyspać, wypocząć, zrelaksować.

Cóż, pozostało tylko życzyć miłej, pogodnej i spokojnej niedzieli. Dobranoc!

Szachy i Stuttgart

Ostatnio ogarnęła mnie mania grania w szachy. Jednak tego grania zostało mi tylko jeden tydzień, podczas gdy ja zamierzam tu siedzieć jeszcze dwa. Czemu tylko tydzień? Bo nikt kogo pytałem nie umie lub nie lubi grać w szachy, a ostatni polacy wyjeżdżają stąd właśnie za tydzień. No i nikt nowy nie przyjeżdża.

Dzisiaj byliśmy w Stuttgarcie. Mieliśmy wyjechać o 9:00, wyjechaliśmy o 9:30. Na pierwszy przystanek zamiast o 11:00 dojechalimy o 12:00 - wina m.in. pewnegokorka na autostradzie... Zbiórka po zwiedzaniu miała być o 13:00, ostatni doszli o 13:45, a ostatecznie z 3-i-pół-godzinnego czasu na zakupy zostało nam godzin 2. A i tak niektórzy zamiast pojawić się w autokarze o 17:00 postanowili zrobić wejście smoka o 17:30... Cóż za oszałamiająca punktualność...

Pewnie zapomniałem powiedzieć o jeszcze innych ciekawostkach, ale zapomniałem i już. Jak się przypomni to dodam.

Do usłyszenia!

P.S. Szach i mat. 2:1, Anatolu ;)

piątek, 12 sierpnia 2011

Fremdsprache - języki obce

Włoch, a właściwie, jak się okazało Szwajcar francuski, uczy się całkiem pilnie. Na tyle pilnie, że prowadzimy już krótkie, proste rozmowy. Pomaga też trochę moja znajomość hiszpańskiego, ale postępy i tak widać.

Jutro kończy się pierwszy tydzień mojego drugiego pobytu tu w Lindenbergu. Dziś było oficjalne pożeganie osób, które jutro wyjeżdżają. Było to jak zwykle nudne, ale co tam. Żegnaliśmy dziś jedną koleżankę z Polski i żywię szczerą nadzieję że ktoś jednak w Niedzielę z Polski na te dwa tygodnie przyjedzie. Jak nie - to tydzień będę musiał się męczyć sam na sam z Turkami, Rosjanami, Francuzami i innymi wielkimi grupami jednonarodowościowymi.

I tą szczerą nadzieją żegam Was dzisiaj. A, i nie pytajcie ile czasu pisałem ten fragmencik na klawiaturze bez polskich znaków diakrytycznych. Tschüss!

wtorek, 9 sierpnia 2011

Włosi

Nawet nie wiecie jak ciężko się dogadać z Włochem, który nie zna ani angielskiego, ani niemieckiego. Słucham? Pytacie co ma piernik do wiatraka, w sensie Włoch do Sandomierza? Ano już tłumaczę.

środa, 3 sierpnia 2011

Z dwu dni dziennik

Przedwczoraj było bardzo lokalnie. Odwiedziliśmy tylko dwa obiekty - oba w Sandomierzu. Można mówić w zasadzie o leniuchowaniu (jako przeciwieństwo zwiedzania, nie jako nic-nie-robienie), gdyż tym drugim był miejski basen. I będzie trochę niechronologicznie, bo to od niego zacznę.

niedziela, 31 lipca 2011

Bazylika.

Dzisiejszy dzień rozpoczął się bardzo nietypowo, bo... deszczowo. Jak dawno tu nie padało! Słończa już po prostu mieliśmy dosyć... ;)

A na poważnie to dosyć zaczyna być tu deszczu. Po słynnej burzy były 2 dni słońca i znowu od 48 godzin mamy deszcz i chmury (mniejsza jakie, ale jak ktoś potrzebuje tej informacji, to na mój gust są to nimbostratusy).

Dzisiaj dokończyliśmy kolejny punkt programu, o którym kiedyś wspominałem - w końcu zwiedziliśmy Bazylikę p.w. Narodzin Najświętszej Marii Panny. Cóż... Wnętrze powala. Duży, bogato zdobiony (szczególnie tabliczkami ze znaczkiem "zakaz fotografowania"). Dostrzec można wspaniałe organy, kilkuset-letnie elementy jak np. Furtka do kaplicy. W kościele zachowały się wspaniałe obrazy i malowidła naścienne, w tym 500-letni, 6,7-metrowy fryz z odwzorowanymi z ówczesnych czasów herbami: Orła Białego (państwowy), Podwójnygo Krzyża, cylejskim, sandomierskim, kujawskim, dobrzyńskim i wielkopolskim. Problem jest niestety jeden... No, są dwa, ale jeden z nich przy tym drugim nie ma znaczenia. Pierwszy to zakaz fotografowania, drugi - to, że fryz jest zasłonięty przez stalle (wysokie siedzenia po bokach prezbiterium dla dostojników państwowych i kościelnych). Widać go tylko na zdjęciach wystawionych przed świątynią.

Jeszcze jedna uwaga. Nie zdziwcie się, jeśli później kilka zdjęć z bazyliki się tu pojawi - zanim nam zwrócono uwagę, to kilka zdjęć się zrobiło.

Po zwiedzaniu bazyliki, udaliśmy się do zbrojowni koło sandomierskiego rynku. Mało, ale ciekawie zaprezentowane, podział na zbroje, artylerię, tortury itd. No i bardzo interesująco opowiadający kustosz ;) Jeszcze jeden plus obiektu - wszystko wolno przymierzać (co potem zaprezentuję na zdjęciach, jak dostanę się do jakiegoś komputera).

Przed zbrojownią postanowiliśmy jednak zjeść obiad. I restaurację polecę - Restauracja Retro na rynku (budynek Galerii Otwarta, I piętro). Ceny wprawdzie do najniższych nie należą, ale gotują naprawdę smacznie.

No, to... Na dzisiaj to by było tyle. Pozdrawiam.

sobota, 30 lipca 2011

Powtórka z rozrywki

O dziwo, tytuł postu nie dotyczy wyjazdu do Baranowa... No, może pośrednio. Ale zacznijmy od początku.

Jak już mówiłem postanowili(śmy) udać się dziś do zamku w Baranowie Sandomierskim. Zwiedzanie trwało ok. 45 min, podczas których dowiadujemy się ciekawej historii zamku.

Ciekawie było też potem - do restauracji robiliśmy 3 podejścia - za PIERWSZYM trafiliśmy na wesele, za drugim na... przygotowania do wesela. Nie ma to jak weekend...

A zmieniając temat. W Sandomierzu trwa festiwal "Dookoła wody". Cóż, wczoraj na jednym koncercie byliśmy, ogólnie nie było źle. Choć nazwę festiwalu dobrali dobrą ;) (Kto nie wie o co chodzi, niech zobaczy jaką piękną za oknem mamy pogodę...)

... c.d.

Ciąle pada.

Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby. Co było widać po tych paru stłuczkach i samochodach stojących w poprzek jezdni, lub nawet tyłem do kierunk jazdy, w drodze do Baranowa Sandomierskiego. Owszem, odwiedzamy go jednak dzisiaj. "Pada deszcz, to pozwiedzamy wnętrza, tym bardziej że zewnętrza już obejrzeliśmy..."

Jak było - dam znać.

...

- Pada.

- A co, myślałeś, że słońce będzie? Już i tak byłam zbyt łaskawa, że dwa ostatnie dni bez opadów były...

To jest właśnie to. Prognozy wyglądają tu mniej więcej tak: "Weekend deszczowy, 21°C, dopiero w poniedziałek możliwe PRZELOTNE rozpogodzenia." Cóż, wykorzystamy ten dzień po prostu na (mam nadzieję prawdziwe) leniuchowanie.

Wczoraj było słonecznie, co pozwoliło nam byczyć się kilka godzin na słońcu przy pewnym łowisku (mój brat jest rybakiem amatorem, każde napotkane łowisko odwiedzić musi). Potem, jak już się nam znudziło, wróciliśmy do domu, posadziliśmy swoje 4 litery na rowerach i wyruszyliśmy w trasę czarnym szlakiem rowerowym. Zrobiliśmy ok. 20-25 km. No, może trochę więcej - PTTK przeznaczyło na trasy rowerowe tak zawrotne kwoty, że po drodze minęliśmy maksymalnie 5 tabliczek szlaków rowerowych. Wniosek: bez turystycznego GPS-a ani rusz. No i nie polecam takiej trasy kilka dni po takich ulewach jak ostatnio. Powiem tak: gdyby nie żwir i asfalt na końcowych odcinkach trasy, do mycia byłoby dużo więcej rzeczy (m. in. rowery).

Baranów planujemy np. na wtorek. Weekend nie, bo za dużo ludzi będzie. Poniedziałek nie, bo... wiadomo. A załatwić to musimy (no, powinniśmy) przed piątkiem, kiedy to wracamy do domu.

Piękne mamy to nasze polskie lato...

czwartek, 28 lipca 2011

Rutyna

Pobudka o wpół do 9, pół godziny później śniadanie... Po tygodniu rutyna zaczyna powoli pochłaniać każdy pojedynczy poranek. I tak codziennie.

Ale potem rutyna musi się schować pod siedzenie w samochodzie, który zabiera nas... No właśnie, gdzie?

Tym razem udajemy się do Ćmielowa, do "Żywego muzeum porcelany", jak firma AS Ćmielów sama się nazwała. Pół godziny zwiedzania (a w zasadzie spacerku) terenu i każdy dowiaduje się jak tworzy się te piękne figury, talerze, filiżanki (itd, itp) z porcelany. Zdjęć nie pokażę, bo niestety nie wolno - nawet mimo tego że pobierają opłatę w wysokości 7 zł/aparat, czego nigdzie indziej nie robiono. Cóż, mają prawo. Mała uwaga: bilety na weekendowe zwiedzania lepiej rezerwować, bo i dziś było sporo osób.

Chwilę potem kierujemy się do oddalonego zaledwie o kilometr zamku rycerskiego w Ćmielowie. Wprawdzie nie tak okazały jak Krzyżtopór czy ten w Baranowie, ale nadal jest cennym zabytkiem. No i stanowi wspaniałe miejce dla fotografów uwielbiających fotografowanie architektury w połączeniu z przyrodą - zamek jest tak obrośnięty zielenią, że w niektóre miejsca ledwo da się dojść.

Dalsze plany na dziś? Może w końcu odwiedzimy basen, a jak nie, to leniuchowanie. A co się tyczy Baranowa... Trzecia próba troszkę sobie jeszcze poczeka ;)

środa, 27 lipca 2011

(Nie)lenienie się

Aleśmy się dziś lenili! Okazuje się, że gdy rodzice mówią o dniu pełnym lenistwa, mają na myśli, że zwiedzać będziemy coś, co jest bliżej, zamiast tego, co dalej. Czytaj: cały dzień łaziliśmy po Sandomierzu. Zaczęliśmy oczywiście od zapoznania się z następstwami wczorajszej ulewy. Czyli popłynęła część okolicznych skarp, w tym tzw. "kozie schodki", podmyło w paru miejscach jezdnię i dosłownie wymiotło wszystkim ogródki. Potem obiad, a po obiedzie włóczenie się, czyli głównie przesiadywanie w księgarni. A potem pośpiech, żeby nie zaczęto nam na parkingu naliczać kolejnej rozpoczętej godziny (parkingowego o 17 i tak już nie było).

Przy okazji włóczenia się po Sandomierzu przypomniało mi się, że niektóre atrakcje (z sobotniego zwiedzania Sandomierza) można by tu polecić. I tak poczynając od tras podziemnych, Sandomierz także posiada sieć połączonych piwnic. Jednak nie polecam tam iść ot tak. Lepiej zacząć od 3-godzinnej wycieczki z PTTK po całym mieście (nie czuć w ogóle, że aż tyle to trwa, nawet małe dzieci nie narzekały), tym bardziej, że te podziemia, to część tej wyprawy, a od razu prawie całe miasto będzie już zwiedzone. Poza tym warta odwiedzin jest brama opatowska (również część wycieczki PTTK), zarówno z powodu ciekawych wystaw wewnątrz, jak i wspaniałych widoków ze szczytu bramy.

Z obiektów, o które wycieczka nie zachacza polecam (szczególnie dla rodzin z dziećmi) zbrojownię z armatymi i innymi takimi (ja nie byłem, ale znajomi z dzieckiem byli i się podobało). Warta zobaczenia jest też bazylika, ale o niej napiszę, jak w końcu się tam dostaniemy.

Adiós!

Prawo Murphy'ego

Baranów sandomierski. Zespół pałacowy tętni życiem. Robotnicy kursują w tę i wewtę. Pszczoły, osy i inne owady pokazują co to znaczy praca. Ale i nie tylko oni. Sam zamek też przechodzi renowację; całkowicie odnawiany jest mur wokół zamku, a i ogrody przechodzą przeobrażenie.

Jest poniedziałek. Postanawiamy zamek ów odwiedzić. Wyruszamy w trasę. GPS prowadzi nas przez prom. I tu pierwsza niespodzianka - poziom wisły jest tak wysoki, że prom nie kursuje. Wracamy więc i Wisłę pokonujemy zwykłą metodą - mostem. Do Baranowa Sandomierskiego dojeżdżamy po ok. 20 minutach. Parkujemy. Coś cicho tu... Za cicho.

Za postuj na parkingu nie płacimy. Za wejściówkę też nie. Po chwili dowiadujemy się czemu: w poniedziałki... NIECZYNNE!!! Obchodzimy więc tylko ogród po czym wsiadamy do samochodu i wracamy do domu.

Następnego dnia podejmujemy drugą próbę. Przejeżdżamy przez Sandomierz i stwierdziwszy, że woda nie opadła wystarczająco dla promu, od razu kierujemy się na most. Do mostu docieramy w wyjątkowo krótkim czasie. Droga była pusta, więc można się było rozpędzić... A potem z piskiem zachamować przed znakiem zakaz wjazdu. "Awaria mostu" - przeczytaliśmy. No cóż... Nie ten zamek, to inny. I tak dotarliśmy do Krzyżtopora.

Ni to zamek, ni ruiny... W sensie zbyt zniszczone, by nazwać to zamkiem (przynajmniej na tej zasadzie, na jakiej zamkiem jest budynek w Baranowie), ale nadal nie aż tak bardzo, by nazwać to ruinami.

Tu kolejna niespodzianka. Na tym zamku też trwały prace "zabezpieczające". Jak się okazuje, pod ten termin podchodzi wymiana zadaszenia, remont jednej z sal (na muzeum) oraz wjazdu. W związku z tym ów wjazd (wejście na zamek) wraz z częścią zamku były zamknięte i zagrodzone dla zwiedzających. Cóż, panowie odwalający tam, nie powiem, kupę dobrej roboty, nie pomyśleli o jednej rzeczy. Mianowicie zamek który ma sporo ciemnych zaułków i drugie tyle równie ciemnych przejść ma troszkę więcej niż 1 (słownie: jedno) wejście na główny dziedziniec. Skręcamy więc w lewo, do końca korytarza prosto, tam w prawo, na drugim zjeździe w prawo, potem w lewo... Ślepa uliczka. W każdym razie jakoś za bramę "prace budowlane", nie przekraczając jej oczywiście, się dostaliśmy.

Zamek ów polecam (oczywście poza tym, że wszystkim) szczególnie fotografom (krajobrazy z zamku i różne ciekawe ujęcia w zamku) oraz rodzinom z dziećmi (wspomniane już korytarze i zaułki). Bez latarki się oczywiście nie obejdzie ;)

Po Krzyżtoporze pojechaliśmy do Opatowa, by tam zobaczyć 2 obiekty: po pierwsze podziemną trasę turystyczną PTTK; po drugie kolegiatę pod wezwaniem św. Marcina z Tours. To pierwsze - całkiem ciekawe (głównie za sprawą przeodnika, który, jak to mówią, miał gadane), oczywiście w takich granicach, w jakich zaciekawić mogą połączone piwnice zapełnione czymś, co niektórzy nazywają kupą śmieci, a co dla mnie było starym sprzętem z czasów sprzed WEB 1.0 [czyt.: internetu], a nawet komputerów, który pokazuje jak wtedy żyli ludzie. Kolegiata natomiast oprócz paru obiektów z ciekawą historią i dwu fresków przedstawiających zwycięztwo pod Grunwaldem oraz na Psim Polu. Jest to też kolejny budynek, który może służyć za pole do popisu dla fotografa.

Skoro już już o Opatowie mowa, to będąc w nim polecam posiłek w restauracji Żmigród vís a vís siedziby PTTK (nazwa od dawnej nazwy Opatowa, która z kolei wywodzi się od niejakiego Żmija, w którego wierzono przed pojawieniem się na tych ziemiach chrześcijaństwa). Nie za drogo i smacznie ;)

Po obiedzie wróciliśmy do domu i wtedy (no, może jednak troszkę później) zaczęło padać. Wróć, zaczęło lać. Wróć... Nie wiem jak to opisać. Niektórzy pewnie słyszeli o chmurach zwanych cumulonimbus. Według podręcznika dla żeglarza jachtowego (bo patenatowanym żeglarzem od tych wakacji jestem, a i żeglarstwem się trochę interesuję) są to chmury powodujące gwałtowne, acz krótkotrwałe burze. To była BARDZO gwałtowna i niezbyt krótka burza. Zresztą, o następstwach tej 3-godzinnej awarii rur wodnych w niebie poczytajcie sobie sami:

  1. http://www.tvn24.pl/0,1711970,0,1,sandomierz-po-ulewie-woda-zagraza-hucie--zalane-drogi,wiadomosc.html
  2. http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/347762,podtopienia-po-ulewie-w-sandomierzu-i-okolicach.html

Cóż... Na dziś i tak mieliśmy i tam plany tzw. leżenia do góry brzuchem. I ewentualnie basenu. A Baranów sobie na razie darujemy. Za to jutro... Jak to mówią, do trzech razy sztuka ;)

Witam

Witajcie.

Na imię mam Bartek i jestem członkiem rodziny, której zamiłowaniem są podróże po Polsce i Europie. Moimi są także fotografia cyfrowa, informatyka i literatura. W blogu tym będę się starał na bieżąco umieszczać różne ciekawostki i poradniki z tych kategorii, pełnić on będzie rolę także mojego dziennika z życia "ucznia przeciętnego".

Zaczynamy...